RSS
środa, 02 marca 2011
Zjazd na nartach...

Część ferii spędziłam w górach z całą rodziną. Było sporo śniegu, więc oprócz zabaw bałwanowo- sankowych kilka dni zjeżdżałam na nowej dla mnie górce w Świeradowie. Cała natura zachęcała do bycia na świeżym powietrzu. Cudne słońce, 15 stopniowy mrozik i piękne widoki zaszronionych drzew. Wjechałam gondolą na górną stację i....zbielałam. Początkowa trasa jest czerwona /w stopniu trudności/, patrząc na nią z góry 1sza myśl to...chęć ucieczki. Druga myśl nie pozwala rezygnować: no najwyżej jeden raz zjadę. I tak zrobiłam, jeszcze musiałam wspierać Małą Córkę, która do takich nachyleń nie przyzwyczajona. Zjechałam pierwsza, czekam na córkę jadącą asekuracyjnie. Czekam aż dojedzie do mnie i ruszamy dalej. I tak po kolei ugryzłyśmy całą górkę. Gdzieś w 1/3 zjazdu zatrzymałam się i widok tego nachylenia, które dopiero co pokonałam dał mi dużo frajdy. Zjechałam, mimo iż się bałam!! Chcę to poczuć jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze.

Zjazd za gondolą miał dwie wersje. Pierwszą łagodną, a drugą stromą. Ilekroć zjeżdżałam łagodniejszym zjazdem widok górki mnie zniechęcał. Ale i kusił. A może spróbuję? A jak nie wyhamuję? Ok , przymierzę się potem. To potem trwało 3 dni. Zjechałam tym zjazdem i poczułam, że zwyciężyłam. Nie to , że się nie bałam. Bałam się dalej, ale mimo to zjechałam. Z wyższego zjazdu miałam lepszy widok, szerszą perspektywę przed sobą i dużo wolnego stoku. To co jawiło mi się trudnością, było ułatwieniem, lepszą wersją wąskiego, łagodnego zjazdu. Na trudniejszym początku nie było sporo chętnych do jazdy. Wiekszość zjeżdżała za większością. Cholera, i tak samo jest w życiu!!